Następny raz jest o Tobie. Wracam tylko na chwilę i gdyby nie dziura w
powietrzu, gdzie rodzi się światło, nikt nigdy nie powiedziałby, że to
spotkanie. Nikt nie wie kiedy w końcu zacznie się gra: linie lotnicze
ustawiają kolory, bliskość tych krawędzi może tylko przerażać. Pamiętam
jak byłem jeszcze młodszy, nie myślałem czy wiem, nie wiedziałem czy
pamiętam. Każda nadarzająca się okazja paliła się w rękach jak skupiony w
szkle dym; surowe mięso. Dym z tego miejsca, wśród tych rąk, dokładnie ten jaskrawy
kolor paznokci. Muszę przebić się przez ten tłum, najlepiej w kilku
miejscach na raz, tak jak przebija się plastikową folię.
Miejsca,
w których nigdy nas nie było: nie pamiętam, co myślałem. Pomieszczenia,
gdzie pot osiada na ciężkim basie pylącego głośnika. Nic już nam nie
będzie, mówimy sobie po cichu.
Jeszcze raz odnajdujemy dyskomfort w pomyśle, że sztuka jest wyrażeniem idei lub emocji należących do artysty. Zamiast pytać co dzieło znaczy, to jest próbować rozwikłać co artysta chciał nam powiedzieć, teraz bardziej odpowiednie wydaje się dla „odbiorcy” zastanowienie się na jak wiele sposobów dana mu informacja może być znacząca.
Wszyscy uwielbiamy przyglądać się, gdy ktoś łamie zasady – to nie my ponosimy konsekwencje tych działań. Łatwo w ten sposób uciec od swoich potrzeb i od odpowiedzialności. Dlatego też Margiela jest dla osób, które mają silny charakter, dla tych którzy są pewni swojego wyboru i go w pełni rozumieją.
Margiela jest chłodny, ale przyjemnie gładki.
Ewa Partum
Joseph Kosuth, Jedno i trzy krzesła
Gdy Dom mody Martin Margiela ogłosił, że założyciel - sam Margiela - odchodzi z firmy każdy zastanawiał się jak to będzie bez niego? Przecież to jego dziecko.
Niektórym rzeczom całkiem martwym, głównie biżuterii, przypisujemy emocjonalne znaczenie. Każdy projektant dąży do tego, aby jego rzeczy zawierały w sobie miejsce na tę sentymentalną podróż w przeszłość. Torebka Chanel, szpilki Louboutin, czerwona sukienka Valentino – to jedne z najsławniejszych rzeczy na świecie, którym potencjalni właściciele przypiszą niesamowitą ilość emocji i wspomnień. Margiela od zawsze próbował wykreować przedmiot, który byłby jak najbardziej pusty i bezosobowy. Wywoływał zaklęcie, które nie miało nic sprawić. To zaklęcie zawierało się w każdym szczególe jego firmy: logo bez loga, wnętrza sklepów wyglądające jakby w trakcie remontu, brak danych w książkach telefonicznych, brak reklam, zasłonięte twarze modeli, uniformy sprzedawców to laboratoryjne kitle itd. Zaklęcie, którego istotą jest nie wywoływanie go.
Tak jakby w pustym pokoju pełnym duszącego pyłu otworzyć balkonowe drzwi – nic zaklęte w nic. Dlatego też nie ma co płakać, że Margieli już z nami nie ma, bo Margieli nigdy nie było.
John Baldessari
Na wystawie był całkowity zakaz fotografowania (prawdopodobnie dlatego, aby nie skraść idei, tej kruchej idei, która łączy artystę ze światem). Użyłem zdjęć konceptualnych dzieł sztuki, do których cała idea firmy Margieli bezpośrednio nawiązuje. Mimo tak wyraźnych połączeń ze sztuką Martin Margiela wciąż zaprzeczał jakoby moda mogłaby być dziełem sztuki. Uważał, że to rzemieślnictwo w połączeniu z techniką i inspiracją.
Nie można więc wierzyć pierwszej fali informacji, która do nas dociera, pierwszej warstwie. Nie należy zastanawiać się co Margiela ma na myśli, bardziej odpowiednie wydaje się zastanowienie się na ile milionów sposobów dostarczone nam wizualne informacje są znaczące. Trzeba spróbować złamać kod, aby dostać się do papierowego skarbca, owiniętego w zżółknięte, sztywne płótno.
Problem jest taki, że wszyscy są w Nowym Jorku. Tak myślałem przyjeżdżając do Londynu. Myślałem, że począwszy od Stevena Meisela, przez Craiga McDeana, aż na Chadwicku Tylerze skończywszy, wszyscy osiedlili się w Nowym Jorku. Myślałem co ja tu pocznę. I czasem przechadzając się po Bruton Place wzdychałem głęboko, spoglądałem na wysokie okna z nadzieją, że to miejsce kiedyś mnie zainspiruje. Myślałem co ja tu pocznę, wszyscy są przecież w Nowym Jorku. Jednak podobno, żeby się tam dostać trzeba przebrnąć przez ocean. Ciężki jak mokra tkanina ocean.
Więc gdyby się zastanowić i przeanalizować ostatnie 10 lat w fotografii mody, skupiając na tym kto zrobił najwięcej aby przekonać odbiorców do siebie, aby okazać im szacunek, kto wychodził ze swoim aparatem do ludzi (przynajmniej metaforycznie), kto dbał o to aby w świecie internetu i nieograniczonych możliwości komunikacyjnych widzowie widowiska mieli w nim swój udział, to niewątpliwie odpowiedź byłaby bardzo oczywista.
Nick Knight
To on stworzył SHOWStudio. Przez te 10 lat zainicjował milion projektów, w którym mógł wziąć udział każdy. Można było poczuć się częścią ciasnego świata mody. Nick doszedł do punktu, w którym właściwie zostało już tylko zaproszenie ludzi na plan zdjęciowy. Dokładnie.
5 i 6 listopada w galerii Somerset House (w której znajduje się znakomita wystawa Fashion Revolution) odbył się projekt Live Studio. Można było przez weneckie lustro oglądać sesję zdjęciową na okładkę brytyjskiego lutowego Voguea. Oczywiście, że tam byłem.
Więc doszedłem do momentu kiedy miałem ją na wyciągnięcie ręki. Dokładnie na wyciągnięcie ręki, jakieś 60cm. Natalia Vodianova miała delikatną twarz, niemalże z cienkiego szkła. Przybyła z dalekiego kraju na wyspę, do Miasta Marzeń aby skruszyć cząstkę, dać się złapać przez światło i uwieść śmiertelnych, którzy przyszli i odeszli. Przez około godzinę obserwowałem ją jak się śmieje i pozuje. Nick kładł się na ziemię i przez tą skorupę z szyby, można było usłyszeć jak wydaje jej polecenia. I najważniejsze, na ekranie komputera, do którego bezpośrednio były wysyłane zdjęcia zaraz po naciśnięciu spustu migawki, pojawiały się zdjęcia BEZ retuszu. Dopiero po dwóch sekundach zdjęcie nabierało ilustracyjnego charakteru, nasycało się zapisanymi wcześniej ustawieniami w Lightroomie.
mlody pisarz i fotograf. obecnie mieszka ze swoja narzeczoną w londynie, gdzie studiuje na london college of fashion. ten blog ma za zadanie uspokajac i przywracac wiare.
-W jaki sposób udało ci się sprzedać pierwszy print w wieku czternastu lat? -Po prostu zadzwoniłem do Edwarda Steichena, który był wtedy dyrektorem Museum of Modern Art w Nowym Jorku i poprosiłem go o spotkanie... na które się zgodził. Gdy go spotkałem, kupił ode mnie trzy zdjęcia do tzw. "kolekcji do nauki". Te zdjęcia nie były szczególnie dobre.
Stephen Shore w wywiadzie z książki "Image makers, image takers", Anne-Celine Jaeger