Pascal Quignard, z: "Taras w Rzymie"




















































Dzieci z Cuzco, Irving Penn
Paolo Roversi był zdenerwowany. Był bardzo nieśmiały, zawstydzony. Co chwilę zawieszał swój głos, tak jakby Penn odszedł przed chwilą. Paolo patrzył przed siebie i kazał nam czekać, myślał wtedy pewnie o Pennie, o spędzonych ze sobą tych kilku chwilach. Może wspominał, gdy pierwszy raz zobaczył zdjęcia Penna w małej księgarni w centrum Mediolanu. Próbował użyć swoich umiejętności aby może jakimś sposobem, jakąś sztuczką, grą ze światłem wrócić tam gdzie nikt nie ma prawa wstępu – do przeszłości. Myślę, że chciał nam o tym wszystkim dokładnie opowiedzieć. Wracał więc z powrotem do tego pomieszczenia w National Portrait Gallery, odnajdował się na scenie, ze światłami reflektorów zwróconymi prosto na niego. Zupełnie nie tak, zupełnie nie wiem co powiedzieć – wydawał się oznajmiać jego wzrok. Powiedział, że żałuje że się zgodził na to wystąpenie, że zrobił to tylko dlatego, że było to krótko po śmierci Penna i w ogólnym rozczuleniu poczuł wtedy, że będzie to ważne i potrzebne. Próbował gdzieś znaleźć oparcie, próbował tłumaczyć dlaczego zdjęcia Penna są niezwykłe, ale szybko znajdował się w ślepym zaułku, w miejscu w którym można już było tylko spojrzeć na genialne fotografie i nie mówić nic – zawieszał więc wzrok gdzieś w podłodze, każąc na siebie czekać. Czekaliśmy więc w ciszy, zafascynowani.
Irving Penn
Jak dziwnie być w tym samym miejscu co kilka dni wcześniej. A jednak rutyna to okropnie znienawidzona przez nas rzecz. Pomyśl tylko: mieć szansę zobaczyć coś dwa razy. Tylko błądzenie jest niezwykłe. Niezwykłe jest tylko błądzenie.
Paolo Roversi wydawał się być kompletnie zagubiony. Był wzruszony, że tyle osób przyszło go posłuchać. Chciał abyśmy poczuli, że to docenia, aby rozluźnić atmosferę próbował żartować – wydawał się wtedy naprawdę słodki. Ale nie tylko on przecież przemawiał. Był także cudowny Philippe Garner – znałem go z książki o Bobie Carlosie Clarku. Dzięki niemu zrozumiałem kiedyś, że nie można traktować zdjęć w gazetach jako wyznacznik poziomu - dajmy na to "GQ" nie prezentuje prawdziwe erotycznych zdjęć, kreuje jedno ciało, jedną potrzebę seksualną. Dzięki Phillipe zrozumiałem że Mario Testino jest tak sztuczy i kiczowaty jak sztuczne i kiczowate jest nieprawdziwe szczęście, zrozumiałem że są ludzie, którzy potrafią docenić i zrozumieć nawet najbardziej bezczelne i prywatne obrazy, takie które trzyma się w zakamarkach naszego umysłu. Tak, cudownie było go posłuchać, gdy opowiadał o tylu wybranych szczegółach na zdjęciach Penna, nie skupił się na portretach tylko na martwej naturze, na jedzeniu, fotografii reklamowej dla "Clinique". Była także Bettina Von Zwehl, autorka niezywkłej serii potretów ludzi sfotografowanych tuż po przebudzeniu. Gdy pierwszy raz obejrzałem te zdjęcia, wyobrażałem sobie jakieś laboratorium, zastanawiałem się jak udało się nakłonić ludzi aby zasnęli swobodnie w takim miejscu. Okazało się, że to było w jej mieszkaniu w Londynie, że łóżko stało w kącie pokoju, że to ludzie których spotykała na ulicy, jej znajomi, że to każdy. Przemawiając była równie wzruszona co Paolo. Zauważyłem, że ma tatuaż na prawej łopatce i białe skarpetki w zielone jabłka.
To dziwne być w tym samym miejscu co wczoraj, tak jakby niepewność sprzyjała szansie. Może następnym razem, będę potrafił porozmawiać i dowiedzieć się czegoś więcej o fotografii, o sobie, o moich planach, o planach innych, o planach fotografii. Nie można budować swojego życia na refrenie piosenki, na ulubionym zdjęciu, ulubionej książce. Można?
Spytałem go kiedyś: co ty powiedziałeś tym dzieciom w Cuzco, że oni tak spojrzeli w obiektyw? Powiedz mi, jak to się robi? Jak im wytłumaczyłeś, że mają się ustawić w taki sposób, przecież to tylko dzieci. - opowiadał Paolo - Powiedział mi wtedy: "Posłuchaj, jak ja mogłem im cokolwiek powiedzieć skoro ani ja nie mówiłem w ich języku, ani one nie mówiły w moim. Co miałem zrobić, nic im nie powiedziałem." - próbował przywołać wspomnienia Paolo.
Gdy pierwszy raz się z nim spotkałem posadził mnie na krześle przy oknie w swojej pracowni. Gdy podpisywał dla mnie swoją książkę, powiedział : ”To tu Paolo, to jest właśnie moje studio, właśnie tam gdzie siedzisz – krzesło przy oknie. Nic więcej.” - wspominał Paolo Roversi – Nie ma niczego sztucznego, nie ma kłamstw, zupełnie nie ma miejsca na kłamstwa. To nie dokumentacje, to coś przeciwnego, to ujawnianie, to odkrycia. Jego zdjęcia to momenty prawdy wśród tej pustki. - dodaje, zawiesza wzrok i kończy wystąpienie.
-Jak wyglądały relacje Penna z innym ikonami fotografii, takimi jak Avedon? - pytanie z publiczności.
-Otóż byli oni siebie świadomi: Avedon, Newton, Penn wiedzieli, że są jedynymi z którymi mogą się nawzajem porównywać. Nie wiem jak wyglądały ich relacje, ale w filmie „September Issue” na biurku Anny Wintour znajduje się zdjęcie, gdzie Avedon, Penn i Newton stoją razem. Wydaje mi się, że to jedyne zdjęcie ich wszystkich razem. Jestem też przekonany, że nie tylko Anna Wintour miała je na swoim biurku, ale także że sami fotografowie mieli je gdzieś schowane na półce. - odpowiada Phillipe Garner
-Tak, tylko że to zdjęcie to retusz w photoshopie, są tam razem sklejeni – żartuje Paolo Roversi ze śmiechem – i to retusz zrobiony przez Annie Leibovitz – dodaje rozbawiając publiczność. - Ale tak naprawdę, to kiedyś jadłem lunch z Richardem Avedonem no i o czym mogliśmy rozmawiać? Rozmawialiśmy o bólu w krzyżu i wysokim ciśnieniu. O tym rozmawiają ze sobą fotografowie w tym wieku.
Nie ma już miejsca na Ziemi: rozumiem książki, które dajesz mi do przeczytania, ale nie rozumiem zdań, które mówisz, rozumiem słowa, ale nie potrafię odnaleźć dźwięków. Zostaje tylko błądzenie w stanie kruchej medytacji. Tylko błądzenie nadaje szansie poczucie spełnienia.
(...)
Ziemia pod stopami wszędzie taka miękka -
Czułem, że stopy grzęzną w niej po kostki.
A w nocy – łóżko było jak zapadnia
i bez szmeru usuwało się spod ciała.
Później luki w pamięci, zapatrzenia w okno –
tam mała dziewczynka w bloku na przeciwko
uśmiecha się z żyletką pomiędzy zębami.
Myślę o jej chłodnych pocałunkach.
Andrzej Sosnowski, frag. „Latem 1987”, z „Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku”, WBP 2009
Jeżeli należało do nas tylko to w co wierzyliśmy; niezmiennie ukryte „my” zakradało się wszędzie gdzie tylko znalazło skrawek, szczelinę, lekki prześwit - nieuchronny moment złamania zasad.
Hedi Slimane
Patti Smith by Robert Mapplethorpe
Nieuchronny był moment złamania zasad w roku, w którym fotografia stała się tania, a powielenie zdjęcia łatwe i szybkie. Okazało się, że każdy może mieć własny portret, wcześniej jedyny ratunek leżał w malarstwie. Nastąpił wybuch albumów rodzinnych (tych samych, które zapomniane ustąpiły miejsca albumom fotograficznym na facebook’u). Ale artyści byli o krok dalej, dorobek historii europejskiego malarstwa pozwolił przypomnieć sobie, że portret można wykorzystać nie tylko w celach dokumentalnych, ale także artystycznych.
Glen Luchford
Kate Moss by Peter Lindbergh
Pieter Hugo
Nacho Alegre
Penelope Cruz and Woody Allen by Annie Leibovitz
Autoportret
Lewis Carroll
Mario Sorrenti
Jurgen Teller
Zrobienie zdjęcia trwa kilka sekund, ile obrazów można namalować w ciągu jednego dnia? Nastąpił przełom; jeżeli to co ukrywamy w sobie jest tak nieuchwytne, to może jedynie aparat może złapać w locie nasze pragnienie uwierzytelnienia tego czym jesteśmy, wartości naszego charakteru. Przestaje mieć znaczenie zasada kto bogatszy ten lepszy, kto piękniejszy ten lepszy. Liczą się blizny, liczy się brud, upokorzenie i akceptacja własnych porażek.
Jeżeli nigdy nic do nas nie należało i mieliśmy tylko siebie.
Nan Goldin
Ryan McGinley
Larry Clark
Nan Goldin
Nan Goldin
Dotyk Pascal’a
Więc czy przy takiej perspektywie portret w fotografii mody jest możliwy? Czy jesteśmy skazani na wykreowane sytuacje, wymodelowane twarze i czyste kłamstwo? Czy musimy na każdym zdjęciu czuć dotyk Pascal’a Dangin’a – największego retuszera XXI wieku? Czy jesteśmy skazani na rozchylone usta (twarz staje się smuklejsza) i nieobecny wzrok wymierzony poza kadr, daleko, poza jakże relatywną tematycznie przestrzeń danego magazynu?
Niezależnie od tego, co ukazuje zdjęcie, i jak to czyni, jest ono zawsze niewidoczne: to nie zdjęcie widzimy. Portret fotograficzny jest zamkniętym polem działających sił. Krzyżują się tam cztery wyobrażenia, ścierają ze sobą i odkształcają się wzajemnie. Przed obiektywem jestem jednocześnie: tym, za kogo się uważam, tym, za kogo chciałbym, aby mnie brano, tym, za kogo ma mnie fotograf, i tym, którym on posługuje się, aby ujawnić swoją sztukę. Dziwna to czynność: bezustannie siebie imituję i właśnie dlatego za każdym razem, gdy chcę (lub pozwalam), aby mnie fotografowano, nieuchronnie przejmuje mnie uczucie nieautentyczności, czasem wprost oszustwa (jak tego doznajemy w pewnych koszmarach). Jeśli chodzi o wyobrażenie, Fotografia (której intencję posiadam) stanowi tę bardzo subtelną chwilę, gdy – prawdę mówiąc – nie jestem ani podmiotem, ani przedmiotem, ale raczej podmiotem, który czuje, że staje się przedmiotem. Nic bardziej zabawnego niż to uwijanie się fotografów, aby ktoś „był jak żywy” (gdyby oczywiście nie było się bierną ofiarą, tarczą przyjmującą ciosy, jak mówił Sade). I te liche pomysły: mam usiąść przed moimi pędzlami, wyjść z domu („na zewnątrz”, to bardziej żywe niż „wewnątrz”), każe mi się pozować koło schodów, gdyż za mną bawi się grupa dzieci; ale oto ławka i już (jakże uprzejmie) każe mi się tam usiąść. Ale ja, już uprzedmiotowiony, nie walczę. Przeczuwam, że z tego złego snu trzeba będzie mnie obudzić jeszcze bardziej brutalnie.
Roland Barthes, frag. z „Światło obrazu”